Udało mi się przeczytać pierwszy rocznik (1901) Przemysłowo-Handlowego Kuriera Sosnowieckiego (w skrócie P-HKS) - dostępny w MBP Sosnowiec, dział zbiorów regionalnych. Pokrótce, aby mi nie zginęło, opisze co ciekawsze treści - te dot. Pomianowskiego zawarłem w odrębnym artykule.
Sosnowiecka gazeta co i rusz wadzi się z zagraniczną Kattowitzer Zeitung - chodzi o katowickich hakatystów, którzy ogólnie szkalują i tępią wszelkie przejawy polskości - z lekcji historii wszyscy wiedzą o co chodzi. Dlatego też prawie w każdym numerze znajdujemy przytyczki do niemiaszków ze Śląska (niemylić z Polakami ze Śląska, do których P-HRS żywi wielką miłość). Pierwsze z brzegu info o tym, że grupa mieszkańców Sosnowca wchodzi do knajpy w Kato, prosi po polsku o kartę - kelnerzy robią wielkie oczy, więc Sosnowiczanie odwracają się na pięcie i ostentacyjnie opuszczają lokal. Ciekawiej się robi, gdy red. o pseudonimie Wuka napisze większy artykuł nt. stosunków katowice-Sosnowiec. Generalnie chodzi o to, że za granicą sama tandeta niemiecka, same carskie wynalazki i żeby nie kupować u Niemców - typowa propaganda. Ale jest też jeden ciekawy fakt - mam nadzieję, że nie wyssany z palca. Mianowicie, codziennie mieszkańcy Sosnowca wydają w Katowicach 3 ty. rubli - na czym miasto to się niesamowicie bogaci i rozwija. Przy okazji Wuka sugeruje, aby kupować tylko u polskich sprzedawców. Na marginesie - takowi bardzo chętnie ogłaszają się w P-HKS. Może kiedyś wrzuce parę takich reklam.
Przez cały rok 1901 toczyła się dysputa z Dyrekcją Kolei Warszawsko Wiedeńskiej ws. przeniesienia dworca z centrum (hahaha) Będzina na jego przedmieścia (dworzec nazwany Nowy Będzin - do dzisiaj stoi ten ładny budyneczek i jest nawet obsługiwany przez PKP Przewpzy Regionalne) - rzecz dotyczy 2 wiorstowego odcinka drogi, która jest wyboista, wciąż zalana i nie do przejścia. Poza tym oczywiście czają się na niej opryszki. Dzisiaj jest to ul. Sielecka - także w beznadziejnym stanie (110 lat i ten sam problem - oto Będzin cały!). Ciekawa rzecz - aby dostać się z centrum (proszę się nie śmiać) Będzina do nowego dworca, trzeba było furmanowi zapłacić tyle, ile wynosiła połowa ceny biletu kolejowego do... Warszawy! No, nie dziwię się, że najznakomitsi (haha) mieszkańcy Będzina interpelowali u ministrów i jeździli osobiście do Wawy, aby wydrzeć od Kolei cofnięcie decyzji. Koniec końców, Warszawsko-Wiedeńska zbudowała drogę pokrytą cementowymi płytami i należycie ją oświetliła (dzisiejsza Kościuszki). Jednak i to nie sposobało się redaktorom, ponieważ napisali, że nowa droga sprawdza się tylko w czasie ulew i śniegów - gdy jest sucho, kurz i pył uniemożliwiają poruszanie się...
Ciekawy jest pierwszy artykuł dot. wsi Nowa Pogoń - zbudowana dla pruskich pracowników firmy Fitzber Gamper i wykpiwana ponoć przez Sosnowiczan, którzy nazywali ten skrawek ziemi Wygwizdowem (nazwa funkcjonuje zdaje się do dzisiaj). Pierwsze domy stanęły tam ok. roku 1885, a w domu p. Kalusińskiego udzielał nawet porad chirurg z Sosnowca - Szpiganowicz. Na ten artykuł odpowiedział czytelnik o nicku kolejarz - pisze (pisownia oryginalna), że nazwa powstała od nader częstego dawniej zatrzymywania się pociągów dążących do Sosnowca, obok tejże osady (Nowa Pogoń - przypisek autora), przyczem maszyniści zmuszeni byli gwizdać, wygwizdywać, prosząc o prędsze wpuszczenie pociągu na stację.
A teraz nieco o cenach piwa w roku 1901 - warszawskiej firmy Michlejda Leżak - 11 kopiejek, Pilzner - 13 kopiejek. Sosnowieckie iwo Sieleckie kosztowało kopiejek 9.
Zabawne są notki w stylu (sekcja aktualności): Bawiący od 2 tygodni zagranicą w Ostendzie przemysłowiec tutejszy Jan Meyerhold - powrócił. Albo reklamy typu: Powróciłem z wczasów z Zakopanego i przyjmuję - lekarz Drateński. Albo ważne informacja: W Szkole Realnej zaczyna uczyć języka polskiego i literatury J.Szmidt - wcześniej w Szkole Realnej w Łowiczu (ta gdzie uczęszczał Pomian - ciekawe, czy to on go ściągnął do Sosnowca?).
piątek, 18 lutego 2011
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Józef Stefan Pomian-Pomianowski
Mamy w Sosnowcu mnóstwo dobrej architektury, ale większość zaprojektowana przez, oczywiście znanych i sławnych architektów, ale spoza Sosnowca (ci starsi, z przełomu wieków to m.in Hinz, Goldberg, Sigalin, Woyniewicz, Gelbard, Gornostajew, Lalewicz...). A przecież właśnie na przełomie 19 i 20 wieku żył sobie w Sosnowcu (a może w Będzinie) jeden z moich ulubionych polskich architektów - Józef Stefan Pomian-Pomianowski. W internecie znajdziemy zdawkowe informacje o tym, że był miejskim architektem w Będzinie i zaprojektował parę kościołów w Zagłębiu Dąbrowskim. mnie na tyle ta postać zafascynowała, że poszukałem nieco więcej i oto kolejne tropy.
Urodził się 15 czerwca 1864. Uczęszczał do słynnej Szkoły Realnej w Łowiczu, której początki sięgają wieku XV, przez jakiś czas funkcjonowała jako Kolegium Pijarskie. Z archiwum szkoły wiem, że łowicka Szkoła Realna reprezentowała dobry poziom w zakresie nauk ścisłych i sporo jej absolwentów obierało jako dalszy kierunek nauki uczelnie techniczne bądź wojskowe. Znamienny jest tu przykład Antona Denikina, słynnego białogwardyjskiego generała, który za namową dyrektora szkoły realnej we Włocławku - Lewszyna przeniósł w ostatniej klasie do Łowicza, by ukończyć tę szkołę w 1890 r. Powodem zmiany miejsca nauki miał być wyższy poziom nauczania w zakresie przedmiotów ścisłych wykładanych w łowickiej szkole realnej. Pomianowski ukończył szkołę z odznaczeniem, a następnie wyjechał do Petersburga, gdzie studiował w Instytucie Inżynierów Cywilnych. Uczelnię ukończył w roku 1889 z medalem srebrnym.
Mimo, że studiował na tak renomowanej uczelni, osiedlił się na prowincji, w Zagłębiu Dąbrowskim. Zamieszkał w Sosnowcu, prawdopodobnie na ulicy Fabrycznej (dziś Małachowskiego). W spisie wyborców uprawnionych do głosowania w wyborach do Gosudarskaja Duma, z roku 1912, znajdujemy jego nazwisko pod numerem 2680. Pod numerem 2860 w innej liście, ale z tego samego okresu, znajdujemy nazwisko Pomianowski Aleksander Michajow - być może jest to jakiś krewny naszego bohatera?
Pomianowski 16 lat pracował jako inżynier powiatu będzińskiego (do roku 1905), następnie został inżynierem miejskim w Sosnowcu i piastował tę funkcję do roku 1917. Równolegle z pracą w magistracie prowadził także prywatną praktykę budowlaną.
Teraz trochę o jego projektach. Najpierw kościoły, budowane w przeważającej części w stylu ceglanego gotyku, jak to określił Stefan Szyller (Przegląd Techniczny 1919 Nr 51-51):


Urodził się 15 czerwca 1864. Uczęszczał do słynnej Szkoły Realnej w Łowiczu, której początki sięgają wieku XV, przez jakiś czas funkcjonowała jako Kolegium Pijarskie. Z archiwum szkoły wiem, że łowicka Szkoła Realna reprezentowała dobry poziom w zakresie nauk ścisłych i sporo jej absolwentów obierało jako dalszy kierunek nauki uczelnie techniczne bądź wojskowe. Znamienny jest tu przykład Antona Denikina, słynnego białogwardyjskiego generała, który za namową dyrektora szkoły realnej we Włocławku - Lewszyna przeniósł w ostatniej klasie do Łowicza, by ukończyć tę szkołę w 1890 r. Powodem zmiany miejsca nauki miał być wyższy poziom nauczania w zakresie przedmiotów ścisłych wykładanych w łowickiej szkole realnej. Pomianowski ukończył szkołę z odznaczeniem, a następnie wyjechał do Petersburga, gdzie studiował w Instytucie Inżynierów Cywilnych. Uczelnię ukończył w roku 1889 z medalem srebrnym.
Mimo, że studiował na tak renomowanej uczelni, osiedlił się na prowincji, w Zagłębiu Dąbrowskim. Zamieszkał w Sosnowcu, prawdopodobnie na ulicy Fabrycznej (dziś Małachowskiego). W spisie wyborców uprawnionych do głosowania w wyborach do Gosudarskaja Duma, z roku 1912, znajdujemy jego nazwisko pod numerem 2680. Pod numerem 2860 w innej liście, ale z tego samego okresu, znajdujemy nazwisko Pomianowski Aleksander Michajow - być może jest to jakiś krewny naszego bohatera?
Pomianowski 16 lat pracował jako inżynier powiatu będzińskiego (do roku 1905), następnie został inżynierem miejskim w Sosnowcu i piastował tę funkcję do roku 1917. Równolegle z pracą w magistracie prowadził także prywatną praktykę budowlaną.
Teraz trochę o jego projektach. Najpierw kościoły, budowane w przeważającej części w stylu ceglanego gotyku, jak to określił Stefan Szyller (Przegląd Techniczny 1919 Nr 51-51):
- Kościół św. Jana Chrzciciela w Sosnowcu Niwce
- Bazylika Najświętszej Maryi Panny Anielskiej w Dąbrowie Górniczej

- Kościół św. Joachima w Sosnowcu
- Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa w Strzemieszycach (informacja z rocznika: plany świątyni zaprojektował w stylu wiślano-bałtyckim p. Stefan Józef Pomianowski inżynier budowniczy, znany z wykonawstwa kilku świątyń w naszem Zagłębiu). Na stronie diecezji sosnowieckiej znalazłem ciekawy opis budowy: Plany architektoniczne kaplicy – a później od 1906 roku kościoła filialnego i od 1911 roku parafialnego – przygotował inż. Józef Pomianowski, architekt powiatowy z Będzina. Koszty budowy ustalił on na sumę 14 447 rubli i 32 kopiejek. 22 lutego 1898 roku mieszkańcy Strzemieszyc Wielkich i Małych zaaprobowali zarówno plany architektoniczne jak i kosztorys budowy, który miał być nabyty wyłącznie z dobrowolnych składek wiernych, ale bez ograniczenia wielkości funduszów, należnych parafii w Gołonogu. Dnia 10 sierpnia 1898 roku władze rosyjskie ostatecznie zezwoliły mieszkańcom Strzemieszyc na budowę kaplicy zgodnie z przedstawionymi kosztami. Rok później, 25 sierpnia 1899 roku członkowie Komitetu Budowy zakupili za 1 550 rubli od Romana Mojchy 1,5 morgi ziemi w celu powiększenia placu pod budowę kaplicy. Pierwsze prace budowlane w parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Dąbrowie Górniczej Strzemieszycach ruszyły jesienią 1900 roku. W latach 1900 – 1903 wybudowano kaplice i wyposażono ją w ambonę i chór, a także urządzono i wyposażono zakrystię. Z zapisów kronikarskich dowiadujemy się również, iż część wyposażenia kaplicy została ofiarowana przez wiernych. 25 maja 1903 roku, w trakcie wykańczania budowy kaplicy, mieszkańcy Strzemieszyc Wielkich i Małych postanowili ją rozbudować, aby w ten sposób uczynić z niej w przyszłości kościół filialny parafii gołonoskiej. Koszt rozbudowy, na którą dnia 1 kwietnia 1904 roku uzyskano zgodę władz rosyjskich, wyniósł 153 280 rubli i 2 kopiejki. Rozbudowa i przerabianie kaplicy na kościół, dokonała się w latach 1903 – 1908 pod nadzorem administratora parafii w Gołonogu, ks. Tadeusza Konarskiego. Postawiono nowe mury i ułożono wiązania dachowe. Kronikarz zanotował, że koszty tego przedsięwzięcia wyniosły 83 740 rubli i 96 kopiejek. W 1906 roku mieszkańcy Strzemieszyc Wielkich i Małych, Grabocina, Ostrów i Niemców uzyskali zgodę władz carskich na zmianę statusu prawnego budowli – z kaplicy na kościół filialny.
- Kościół św. Tomasza w Sosnowcu (informacja z rocznika sosnowieckiego rocznik 1902: Kronika bieżąca - Pogoń - Nowy Kościół. Plan kościoła w stylu gotyckim wykonał inżynier architekt powiatu będzińskiego, p. Stefan Pomianowski)

- Kościół św. Antoniego w Koziegłówkach - zbudowany w latach 1903-1908, projekt Hugona Kudery a plany Pomianowskiego

Inne budowle:

Należy wspomnieć o konkursie na projekt kościoła Zbawiciela w Warszawie, w którym dzieło Pomiana odznaczono wielkim medalem złotym. Do realizacji w Warszawie nie doszło. Konkurs architektoniczny wygrał projekt Stefana Szyllera, jednak ze względu na zbyt wysokie koszty realizacji kościół wzniesiono według projektu, który zajął II miejsce (autorstwa zespołu architektów: Józefa Piusa Dziekońskiego, Ludwika Panczakiewicza i Władysława Żychlewicza). W Przemysłowo-Handlowym Kurierze Sosnowieckim znalazłem taką oto wzmiankę o tym wydarzeniu (19.05-01.06.1901,)): Za plan na Kościół Zbawiciela w warszawie otrzymał p. St. Pomianowski złoty medal za konkursem. Inż. architekt Pomianowski, jak wiadomo, wybudował wg własnego projektu świątynię w Niwce a obecnie buduje kościół w Dąbrowie Górniczej. Ta notatka ukazała się w sekcji Aktualności, podskecja Będzin - to może świadczyć o tym, że Pomian w tym czasie nie tylko pracował w Będzinie, ale i tam zamieszkiwał.
Co nie udało się w Warszawie udało się... oczywiście w Sosnowcu.
Znacznie zmieniony projekt stał się podstawą do wybudowania kościoła p.w. Niepokalanego Poczęcia NMP w Sosnowcu Sielcu.
We wspomnianym wyżej Przemysłowo-Handlowym... znalazłem także notkę nt. kościoła na Niwce. Jest tam fragment dot. naszego bohatera: Plan na nowy kościół wykonał jak również i ogólną inspekcję przy budowie kościoła prowadził p. Pomianowski, inżynier budowniczy z Będzina. Kościół niwecki jest jednem z pierwszych dzieł p. Pomianowskiego, rokującego tak piękną przyszłość w zakresie budownictwa kościelnego. Piękna notka, budująca dla Pomiana... Na marginesie - bo n
ie samym pokarmem duchowym człowiek żyje. Pomianowski budował oczywiście kościół w Dąbrowie Górniczej. Znalazłem kosztorys tej budowy, i jest tam całkiem okrągła sumka jeśli chodzi o wynagrodzenie budowniczego - 2.400 rubli (sam tylko rok 1901 - do roku 1905 kwota ta wzrosła do 6700 rubli). Domniemywam, że chodzi właśnie o Pomianowskiego - co potwierdza przytoczona wcześniej notatka - (...) wykonał jak również i ogólną inspekcję przy budowie kościoła prowadził (...). Mając na uwadze, że butelka piwa kosztowała 9-13 kopiejek jest to kwota znaczna.
Załączam kosztorys aby każdy znał realia cenowe bodów zagłębiowskich z początku 20 wieku.
Pomianowski był artystą, znał wielu ówczesnych malarzy, architektów, rzeźbiarzy. W liście datowanym na 5 grudnia 1900 pisze do Stanisława Witkiewicza: "Po wyjeździe z Zakopanego rzucony byłem w taki wir pracy urzędowej, że o kwestiach artystycznej natury z konieczności musiałem zapomnieć". Pomianowski w tym czasie pracował jeszcze w Będzinie, dopiero w 1905 roku przeniósł się do Sosnowca - ciekawy zbieg okoliczności, ponieważ w tymże roku w Zagłębiu Dąbrowskim miały miejsce liczne strajki a nawet kilka dni istniała Republika Zagłębiowska. Warto tutaj podać informację dot. dochodów architekta miejskiego w magistracie. Otóż świeżo ukonstytuowany urząd w Sosnowcu podał do publicznej wiadomości wysokości pensji jego urzędników. I tak zaprojektowany etat Sosnowieckiego magistratu (pis. oryg.) wygląda następująco (tylko wycinek): Architekt Miejski to urzędnik III klasy (rangi IXm pensji VIII). Pensja wynosi 600 rubli, na przejazdy 300 rubli.
Wracając do korespondencji z popularyzatorem stylu zakopiańskiego - koniec roku 1900 upłynął Pomianowi na opracowywaniu detali do przebudowywanego właśnie kościoła w Dąbrowie (dzisiejsza Bazylika). Prosi Pomian Witkiewicza o przysłanie mu na adres "Katowice o/s Joks" fotograficznych zdjęć motywów do detali rzeźb, które ten będzie uważał za godne polecenia. Na zimę 1901 zaplanował Pomian wykonanie płaskorzeźby nad głównym wejściem - a dokładnie jej wykucie tak aby wiosną była zamurowana.
W roczniku sosnowieckim z 1902 roku znalazłem kolejną, nową tym razem dla mnie informację (i dla ogółu także, jestem chyba pierwszy, który wskazuje ten projekt autorstwa Pomianowskiego), że rozpoczęto w Ząbkowicach starania o wzniesienie świątyni na 3 tys. osób, która stanie w 1905 roku wg projektu inż. Pomianowskiego, który na konkursie na budowę Kościoła Zbawiciela w Warszawie otrzymał złoty medal poza konkursem.
Bohater nasz zajmował się także w swojej pracy zawodowej przyziemnymi - dosłownie - tematami. Tak więc nie tylko wznosił strzeliste gotyckie katedry ale i potrafił pochylić się nad niszczejącymi zabytkami zagłębiowskiej ziemi. Ciekawy jest artykuł z roku 1902 (oczywiście w roczniku) o zniszczeniu części muru zamku będzińskiego, przylegającego do baszty zamkowej. Grozi to zawaleniem. I teraz cytat: przed paru miesiącami komisja archeologiczna zapytywała za pośrednictwem p. Gubernatora piotrkowskiego o stan murów, i inżynier Pomianowski dał wyczerpujące wyjaśnienie o stanie takowych, ostrzegając jednocześnie, że katastrofa może być w krótkim czasie spodziewana.
Co jeszcze może robić inżynier powiatowy. Przyjrzyjmy się.
W grudniu 1904 roku delegowany urzędnik kolejowy odbierał od komisji miasta, złożonej z Pana Prezydenta [Będzina], p. inżyniera powiatowego, sekretarza magistratu i dwóch obywateli grunta na szosę od kozackich koszar do mostu kolejowego przy szosie dąbrowskiej (na marginesie: właścicielem koszar był w tym czasie p. Dietel).
16 maja 1904 rozpoczęto kopanie fundamentów pod kościół pogoński. W tym czasie także z Petersburga przybył przedsiębiorca budowy sieci tramwajowej p. Wejsblat - łącznie z którym magistrat w obecności p. inżyniera powiatowego warunki budowy omawiali i zmieniali niektóre paragrafy.
W dniach 8 - 9 lipca 1904 Inżynieria Powiatowa Będzina dokonała pomiarów drogi od Będzina przez osadę czeladź do komory celnej Czeladź. Droga będzie przebudowana na pierwszorzędną. Buduje się też nowy most przez Brynicę pod Czeladzią.Nie potwierdzona jeszcze przeze mnie informacja jest taka, że Pomianowski pisywał do rocznika - znalazłem kilka artykułów sprawnie napisanych, dot. m.in. budowy parku w Będzinie oraz historii zamku, podpisana pseudonimem Stef. Niestety w roczniku nie ma informacji o zespole redakcyjnym a nazwiska współpracowników są wymieniane jedynie wtedy, gdy kończą współpracę. Nadmienię, że Pomianowski (jak wynika z powyższych notatek prasowych) jest wyraźnie hołubiony przez Redakcję Kuriera.
Będąc na wycieczce po kościele św. Stanisława i Męczennika w Czeladzi zastanawiałem się, czy i tutaj mój bohater nie położył jakichś zasług. Słuchając przewodniczki usłyszałem, że dwa pierwsze projekty tej świątyni (przedłożone pomiędzy 1900 a 1903 rokiem) zostały odrzucone
przez powiatowego budowniczego jako nieudane. Poszperałem głębiej i okazuje się, że Pomianowski wykonał plany fundamentów tej świątyni - cytuję kalendarium budowy przedstawione w inwentarzu całego majątku należącego do Kościoła rzymskoKatolickiego w Czeladzi sporządzonym w roku 1944 przez ówczesnego proboszcza ks. (J. Sobczyńskiego: 1907 6 kwietnia: Budowniczy p. Pomianowski z Sosnowca nie zgodził się na robienie detalicznych rysunków, wobec czego postanowiono wyszukać innego budowniczego i polecić mu wykonanie tychże planów. W Przeglądzie Technicznym nr 23/1913 (s. 328) znajdujemy notatkę dot. budowy - a właściwie zapis z posiedzenie Komitetu Budowy: Obecny na posiedzeniu p. Kuder podaje, iż prowadzi on roboty przy budowie nowego kościoła na wykonanych już fundamentach wg projektu p. Pomianowskiego, założonych w ten sposób, że dotykają one prawie rogu starego kościoła, który był przeznaczony na zburzenie i nie posiada artystycznej wartości.
Oddajmy teraz głos Stefanowi Szyllerowi, który tak zakończył krótką bigrafię Pomianowskiego zamieszczoną w Przeglądzie technicznym (1919, nr 51-52): Gdy wskutek zastoju budowlanego wywołanego przez wojnę nie mógł zajmować się architekturą, poświęcił się wyłącznie malarstwu, które i przedtem uprawiał z zamiłowaniem, wystawiając swe obrazy w Krakowie i w Warszawie. Śmierć przedwcześnie przerwała pracowity i pożyteczny dla architektury naszej żywot tego inżyniera artysty. Józef Stefan Pomian Pomianowski zmarł w Sosnowcu w niedzielę 21 września 1919 roku.
Teraz odejdziemy trochę od naszej postaci Józefa Stefana Pomian-Pomianowskiego i powiemy parę słów o postaci Ludwika Pomian-Biesiekierskiego. Nie wiem czy był on bratem przyrodnim czy rodzonym naszego bohatera, faktem jest, że pisząc do Witkiewicza w cytowanym wcześniej liście, załącza ukłony od Brata. Ludwik Pomian-Biesiekierski, zwany w Zakopanem jako brat Józef od Krzyża, urodził się w roku 1867, był klerykiem z Wyższego Seminarium we Włocławku, który przed wyższymi święceniami zrezygnował z kapłaństwa (1893) z powodu "skrupułów i nieuporządkowanej żądzy wiedzy". Po odbyci
u nowicjatu 16 IV 1894 r. w kościele OO. Bernardynów w Krakowie złożył profesję zakonną na ręce o. Czesława Bogdalskiego. Z powodu nieopanowanej żądzy wiedzy i nauki w roku 1905 opuścił Zgromadzenie Braci Albertynów, pozostając nadal w tercjarstwie Franciszkańskim. Podejmował dalsze studia zakończone stopniem doktora filozofii. W 1915 roku pracował w IV Liceum Ogólnokształcącym im. H. Sienkiewicza w Częstochowie jako nauczyciel języka łacińskiego (na zdjęciu obok mamy jego podpis na protokole z jednej z rad pedagogicznych z sierpnia 1915 roku), greckiego i historii. Dnia 4 II 1923 roku w kościele św. Jerzego w Gnieźnie został mianowany przez ks. prof. Mieczysława Bielawskiego, dyrektora tercjarstwa, mistrzem nowicjatu III Zakonu Św. Franciszka z Asyżu. We wrześniu 1947 roku przybył do Krakowa i zatrzymał się u SS. Albertynek na Prądniku Czerwonym, jako świadek do procesu Sł. B. Brata Alberta.
Jako brat Józef dokonał bardzo poprawnego przekładu Ciemnej nocy, Drogi na Górę Karmel, Pieśni duchowej. Sam też br. Józef po opuszczeniu Braci Albertynów, już jako doktor filozofii Ludwik Pomian Biesiekierski, w swoich wspomnieniach pt. Brat Albert, mój najukochańszy mistrz i przyjaciel z roku 1937 pisał: „Czytałem weneckie wydanie Pseudo-Areopagity z potrójnym komentarzem po grecku i po łacinie a także i oryginał hiszpański pism św. Jana od Krzyża – wydany w roku 1872 w Madrycie. Mój przekład Ostrożności duchownych wydrukowano później, w r. 1912, jako rękopis z polecenia Brata Alberta. Tłumaczyłem również inne dzieła niezbędne w życiu zakonnym jak to: Maksymy duchowne, pierwszą księgę Wstępowania na Gorę Karmelu (Subida del Monte Carmelo), Pieśń o nocy duchownej, (En una Noche oscura), Pieśń o Chrystusie i duszy (Cancion de Cristo y el alma), traktat Pseudo-Areopagity o teologii mistycznej i Alberta Wielkiego O przywiązaniu do Boga (De adhaerendo Deo). Te nieudolne próby pozostały w rękopisie” . Widocznie zabrał je ze sobą opuszczając Zgromadzenie, gdyż nie posiada ich Archiwum Albertynów w Krakowie.
źródła zdjęć: digart.pl, skyscrapercity.com, polskaniezwykla.pl, fotopolska.eu, parafiakozieglowki.pl, www.dabrowa.pl/dg_religia_koscioly_zabkowice_zeslania-ducha-swietego.htm
- Pałac Wilhelma w Sosnowcu

- Mauzoleum Dietlów w Sosnowcu
- liczne kamienice m.in.
Należy wspomnieć o konkursie na projekt kościoła Zbawiciela w Warszawie, w którym dzieło Pomiana odznaczono wielkim medalem złotym. Do realizacji w Warszawie nie doszło. Konkurs architektoniczny wygrał projekt Stefana Szyllera, jednak ze względu na zbyt wysokie koszty realizacji kościół wzniesiono według projektu, który zajął II miejsce (autorstwa zespołu architektów: Józefa Piusa Dziekońskiego, Ludwika Panczakiewicza i Władysława Żychlewicza). W Przemysłowo-Handlowym Kurierze Sosnowieckim znalazłem taką oto wzmiankę o tym wydarzeniu (19.05-01.06.1901,)): Za plan na Kościół Zbawiciela w warszawie otrzymał p. St. Pomianowski złoty medal za konkursem. Inż. architekt Pomianowski, jak wiadomo, wybudował wg własnego projektu świątynię w Niwce a obecnie buduje kościół w Dąbrowie Górniczej. Ta notatka ukazała się w sekcji Aktualności, podskecja Będzin - to może świadczyć o tym, że Pomian w tym czasie nie tylko pracował w Będzinie, ale i tam zamieszkiwał.
Co nie udało się w Warszawie udało się... oczywiście w Sosnowcu.
Znacznie zmieniony projekt stał się podstawą do wybudowania kościoła p.w. Niepokalanego Poczęcia NMP w Sosnowcu Sielcu.
We wspomnianym wyżej Przemysłowo-Handlowym... znalazłem także notkę nt. kościoła na Niwce. Jest tam fragment dot. naszego bohatera: Plan na nowy kościół wykonał jak również i ogólną inspekcję przy budowie kościoła prowadził p. Pomianowski, inżynier budowniczy z Będzina. Kościół niwecki jest jednem z pierwszych dzieł p. Pomianowskiego, rokującego tak piękną przyszłość w zakresie budownictwa kościelnego. Piękna notka, budująca dla Pomiana... Na marginesie - bo n
ie samym pokarmem duchowym człowiek żyje. Pomianowski budował oczywiście kościół w Dąbrowie Górniczej. Znalazłem kosztorys tej budowy, i jest tam całkiem okrągła sumka jeśli chodzi o wynagrodzenie budowniczego - 2.400 rubli (sam tylko rok 1901 - do roku 1905 kwota ta wzrosła do 6700 rubli). Domniemywam, że chodzi właśnie o Pomianowskiego - co potwierdza przytoczona wcześniej notatka - (...) wykonał jak również i ogólną inspekcję przy budowie kościoła prowadził (...). Mając na uwadze, że butelka piwa kosztowała 9-13 kopiejek jest to kwota znaczna.Załączam kosztorys aby każdy znał realia cenowe bodów zagłębiowskich z początku 20 wieku.
Pomianowski był artystą, znał wielu ówczesnych malarzy, architektów, rzeźbiarzy. W liście datowanym na 5 grudnia 1900 pisze do Stanisława Witkiewicza: "Po wyjeździe z Zakopanego rzucony byłem w taki wir pracy urzędowej, że o kwestiach artystycznej natury z konieczności musiałem zapomnieć". Pomianowski w tym czasie pracował jeszcze w Będzinie, dopiero w 1905 roku przeniósł się do Sosnowca - ciekawy zbieg okoliczności, ponieważ w tymże roku w Zagłębiu Dąbrowskim miały miejsce liczne strajki a nawet kilka dni istniała Republika Zagłębiowska. Warto tutaj podać informację dot. dochodów architekta miejskiego w magistracie. Otóż świeżo ukonstytuowany urząd w Sosnowcu podał do publicznej wiadomości wysokości pensji jego urzędników. I tak zaprojektowany etat Sosnowieckiego magistratu (pis. oryg.) wygląda następująco (tylko wycinek): Architekt Miejski to urzędnik III klasy (rangi IXm pensji VIII). Pensja wynosi 600 rubli, na przejazdy 300 rubli.
Wracając do korespondencji z popularyzatorem stylu zakopiańskiego - koniec roku 1900 upłynął Pomianowi na opracowywaniu detali do przebudowywanego właśnie kościoła w Dąbrowie (dzisiejsza Bazylika). Prosi Pomian Witkiewicza o przysłanie mu na adres "Katowice o/s Joks" fotograficznych zdjęć motywów do detali rzeźb, które ten będzie uważał za godne polecenia. Na zimę 1901 zaplanował Pomian wykonanie płaskorzeźby nad głównym wejściem - a dokładnie jej wykucie tak aby wiosną była zamurowana.
W roczniku sosnowieckim z 1902 roku znalazłem kolejną, nową tym razem dla mnie informację (i dla ogółu także, jestem chyba pierwszy, który wskazuje ten projekt autorstwa Pomianowskiego), że rozpoczęto w Ząbkowicach starania o wzniesienie świątyni na 3 tys. osób, która stanie w 1905 roku wg projektu inż. Pomianowskiego, który na konkursie na budowę Kościoła Zbawiciela w Warszawie otrzymał złoty medal poza konkursem.
Bohater nasz zajmował się także w swojej pracy zawodowej przyziemnymi - dosłownie - tematami. Tak więc nie tylko wznosił strzeliste gotyckie katedry ale i potrafił pochylić się nad niszczejącymi zabytkami zagłębiowskiej ziemi. Ciekawy jest artykuł z roku 1902 (oczywiście w roczniku) o zniszczeniu części muru zamku będzińskiego, przylegającego do baszty zamkowej. Grozi to zawaleniem. I teraz cytat: przed paru miesiącami komisja archeologiczna zapytywała za pośrednictwem p. Gubernatora piotrkowskiego o stan murów, i inżynier Pomianowski dał wyczerpujące wyjaśnienie o stanie takowych, ostrzegając jednocześnie, że katastrofa może być w krótkim czasie spodziewana.
Co jeszcze może robić inżynier powiatowy. Przyjrzyjmy się.
W grudniu 1904 roku delegowany urzędnik kolejowy odbierał od komisji miasta, złożonej z Pana Prezydenta [Będzina], p. inżyniera powiatowego, sekretarza magistratu i dwóch obywateli grunta na szosę od kozackich koszar do mostu kolejowego przy szosie dąbrowskiej (na marginesie: właścicielem koszar był w tym czasie p. Dietel).
16 maja 1904 rozpoczęto kopanie fundamentów pod kościół pogoński. W tym czasie także z Petersburga przybył przedsiębiorca budowy sieci tramwajowej p. Wejsblat - łącznie z którym magistrat w obecności p. inżyniera powiatowego warunki budowy omawiali i zmieniali niektóre paragrafy.
W dniach 8 - 9 lipca 1904 Inżynieria Powiatowa Będzina dokonała pomiarów drogi od Będzina przez osadę czeladź do komory celnej Czeladź. Droga będzie przebudowana na pierwszorzędną. Buduje się też nowy most przez Brynicę pod Czeladzią.Nie potwierdzona jeszcze przeze mnie informacja jest taka, że Pomianowski pisywał do rocznika - znalazłem kilka artykułów sprawnie napisanych, dot. m.in. budowy parku w Będzinie oraz historii zamku, podpisana pseudonimem Stef. Niestety w roczniku nie ma informacji o zespole redakcyjnym a nazwiska współpracowników są wymieniane jedynie wtedy, gdy kończą współpracę. Nadmienię, że Pomianowski (jak wynika z powyższych notatek prasowych) jest wyraźnie hołubiony przez Redakcję Kuriera.
Będąc na wycieczce po kościele św. Stanisława i Męczennika w Czeladzi zastanawiałem się, czy i tutaj mój bohater nie położył jakichś zasług. Słuchając przewodniczki usłyszałem, że dwa pierwsze projekty tej świątyni (przedłożone pomiędzy 1900 a 1903 rokiem) zostały odrzucone
przez powiatowego budowniczego jako nieudane. Poszperałem głębiej i okazuje się, że Pomianowski wykonał plany fundamentów tej świątyni - cytuję kalendarium budowy przedstawione w inwentarzu całego majątku należącego do Kościoła rzymskoKatolickiego w Czeladzi sporządzonym w roku 1944 przez ówczesnego proboszcza ks. (J. Sobczyńskiego: 1907 6 kwietnia: Budowniczy p. Pomianowski z Sosnowca nie zgodził się na robienie detalicznych rysunków, wobec czego postanowiono wyszukać innego budowniczego i polecić mu wykonanie tychże planów. W Przeglądzie Technicznym nr 23/1913 (s. 328) znajdujemy notatkę dot. budowy - a właściwie zapis z posiedzenie Komitetu Budowy: Obecny na posiedzeniu p. Kuder podaje, iż prowadzi on roboty przy budowie nowego kościoła na wykonanych już fundamentach wg projektu p. Pomianowskiego, założonych w ten sposób, że dotykają one prawie rogu starego kościoła, który był przeznaczony na zburzenie i nie posiada artystycznej wartości.
Oddajmy teraz głos Stefanowi Szyllerowi, który tak zakończył krótką bigrafię Pomianowskiego zamieszczoną w Przeglądzie technicznym (1919, nr 51-52): Gdy wskutek zastoju budowlanego wywołanego przez wojnę nie mógł zajmować się architekturą, poświęcił się wyłącznie malarstwu, które i przedtem uprawiał z zamiłowaniem, wystawiając swe obrazy w Krakowie i w Warszawie. Śmierć przedwcześnie przerwała pracowity i pożyteczny dla architektury naszej żywot tego inżyniera artysty. Józef Stefan Pomian Pomianowski zmarł w Sosnowcu w niedzielę 21 września 1919 roku.
Teraz odejdziemy trochę od naszej postaci Józefa Stefana Pomian-Pomianowskiego i powiemy parę słów o postaci Ludwika Pomian-Biesiekierskiego. Nie wiem czy był on bratem przyrodnim czy rodzonym naszego bohatera, faktem jest, że pisząc do Witkiewicza w cytowanym wcześniej liście, załącza ukłony od Brata. Ludwik Pomian-Biesiekierski, zwany w Zakopanem jako brat Józef od Krzyża, urodził się w roku 1867, był klerykiem z Wyższego Seminarium we Włocławku, który przed wyższymi święceniami zrezygnował z kapłaństwa (1893) z powodu "skrupułów i nieuporządkowanej żądzy wiedzy". Po odbyci
u nowicjatu 16 IV 1894 r. w kościele OO. Bernardynów w Krakowie złożył profesję zakonną na ręce o. Czesława Bogdalskiego. Z powodu nieopanowanej żądzy wiedzy i nauki w roku 1905 opuścił Zgromadzenie Braci Albertynów, pozostając nadal w tercjarstwie Franciszkańskim. Podejmował dalsze studia zakończone stopniem doktora filozofii. W 1915 roku pracował w IV Liceum Ogólnokształcącym im. H. Sienkiewicza w Częstochowie jako nauczyciel języka łacińskiego (na zdjęciu obok mamy jego podpis na protokole z jednej z rad pedagogicznych z sierpnia 1915 roku), greckiego i historii. Dnia 4 II 1923 roku w kościele św. Jerzego w Gnieźnie został mianowany przez ks. prof. Mieczysława Bielawskiego, dyrektora tercjarstwa, mistrzem nowicjatu III Zakonu Św. Franciszka z Asyżu. We wrześniu 1947 roku przybył do Krakowa i zatrzymał się u SS. Albertynek na Prądniku Czerwonym, jako świadek do procesu Sł. B. Brata Alberta.Jako brat Józef dokonał bardzo poprawnego przekładu Ciemnej nocy, Drogi na Górę Karmel, Pieśni duchowej. Sam też br. Józef po opuszczeniu Braci Albertynów, już jako doktor filozofii Ludwik Pomian Biesiekierski, w swoich wspomnieniach pt. Brat Albert, mój najukochańszy mistrz i przyjaciel z roku 1937 pisał: „Czytałem weneckie wydanie Pseudo-Areopagity z potrójnym komentarzem po grecku i po łacinie a także i oryginał hiszpański pism św. Jana od Krzyża – wydany w roku 1872 w Madrycie. Mój przekład Ostrożności duchownych wydrukowano później, w r. 1912, jako rękopis z polecenia Brata Alberta. Tłumaczyłem również inne dzieła niezbędne w życiu zakonnym jak to: Maksymy duchowne, pierwszą księgę Wstępowania na Gorę Karmelu (Subida del Monte Carmelo), Pieśń o nocy duchownej, (En una Noche oscura), Pieśń o Chrystusie i duszy (Cancion de Cristo y el alma), traktat Pseudo-Areopagity o teologii mistycznej i Alberta Wielkiego O przywiązaniu do Boga (De adhaerendo Deo). Te nieudolne próby pozostały w rękopisie” . Widocznie zabrał je ze sobą opuszczając Zgromadzenie, gdyż nie posiada ich Archiwum Albertynów w Krakowie.
źródła zdjęć: digart.pl, skyscrapercity.com, polskaniezwykla.pl, fotopolska.eu, parafiakozieglowki.pl, www.dabrowa.pl/dg_religia_koscioly_zabkowice_zeslania-ducha-swietego.htm
wtorek, 20 lipca 2010
Architektura
Jeździłem wczoraj na rowerze po Sosnowcu i trafiłem na ul. Niepodległości w Sosnowcu - już dawno tamtędy nie przechodziłem/przejeżdżałem i zrobiłem parę zdjęć - urocza uliczka w sąsiedztwie liceum Staszica, co wskazuje chyb a na przeznaczenie tych domów (może domu profesorskie).
Chyba, że one są starsze, wiadomo że liceum znajdowało się wcześniej w gmachu budynku Szkoły Realnej (obecnie UŚ). Na razie nie wiem nic o powstaniu tego mini osiedla - ale mnie się bardzo podoba i chciałbym tam pomieszkać.
Mimo, że z jednej strony mają w sąsiedztwie tory kolejowe a z drugiej budynek szkolny, to i tak jak dla mnie lokalizacja świetna.
Mnie te domy wyglądają na zbudowane w okolicy lat trzydziestych - oczywiście z modernizmem nie mają nic wspólnego, ale w tym okresie budowano takie domy dla urzędników - takie niby kolonie. Inna sugestia to może lata 50-te. Poszukam w necie, a nuż coś o nich znajdę?

Skoro już jestem blisko Pogoni, to zamieszczę kilka zdjęć innego pięknego budynku - ten to już jest czysty modernizm. Trochę zaniedbany, tynk w paru miejscach odpada, lokalizacja też nieszczególna bo z jednej strony ruchliwa ul. Orla a z drugiej brzydki gmach UŚ, no ale bryła godna pochwał - może Schayer?

Chyba, że one są starsze, wiadomo że liceum znajdowało się wcześniej w gmachu budynku Szkoły Realnej (obecnie UŚ). Na razie nie wiem nic o powstaniu tego mini osiedla - ale mnie się bardzo podoba i chciałbym tam pomieszkać.Mimo, że z jednej strony mają w sąsiedztwie tory kolejowe a z drugiej budynek szkolny, to i tak jak dla mnie lokalizacja świetna.

Mnie te domy wyglądają na zbudowane w okolicy lat trzydziestych - oczywiście z modernizmem nie mają nic wspólnego, ale w tym okresie budowano takie domy dla urzędników - takie niby kolonie. Inna sugestia to może lata 50-te. Poszukam w necie, a nuż coś o nich znajdę?


Skoro już jestem blisko Pogoni, to zamieszczę kilka zdjęć innego pięknego budynku - ten to już jest czysty modernizm. Trochę zaniedbany, tynk w paru miejscach odpada, lokalizacja też nieszczególna bo z jednej strony ruchliwa ul. Orla a z drugiej brzydki gmach UŚ, no ale bryła godna pochwał - może Schayer?
Dziennik z podróży do Szkocji - Stanstedt, London, MegaBus...
Po dosyć nerwowej przejażdżce z Będzina do Balic (stara droga e40 przez Olkusz, Przeinię itp. z teściem) stawiliśmy się na lotnisku - czekał nas pierwszy w życiu lot samolotem. Nawet przezd "10 kwietnia" było to dla nas ogromne przeżycie. Formalności na lotnisku obyły się bez przeszkód (trochę bałem się jak załatwię bilet na podstawie wydrukowanego mailowego potwierdzenia zakupu biletu w RYAN AIR), samolot miał tylko kilkanaście minut opóźnienia i... już siedzieliśmy w fotelach - na niezbyt dobrych miejscach, na samym końcu samolotu. Dziwiliśmy się czemu ludzie tak się spieszą z zajęciem miejsc - później okazało się dlaczego - strasznie trzęsie a podczas lądowania jest nieprzyjemne wrażenie.
No ale wystartowaliśmy - i dla mnie najlpeszym momentem lotu był ten, gdy samolot po powolnym kołowaniu po pasie nagle "dostaje kopa", człowieka wgniata w fotel i modlimy się tylko aby uniósł się nad ziemię. Generalnie lot upłynął bez większych emocji, nawet z moim lękiem wysokości z dzieciństwa byłem w stanie popatrzeć przez małe okienko - nic ciekawego nie ujrzałem, bynajmniej żadnego alien'a.
Trochę nerwów na Stanstedt - czy aby na pewno wyjedzie nasz bagaż, czy go znajdziemy itp. - jak to pierwszy raz na obcym lotnisku. Ale spokojnie trafiliśmy do wyjścia i już należało szukać przewozu do Londynu. Jeszcze w samolocie mieliśmy ofertę przejazdu jakąś zaprzyjaźnioną z RyanAir linią ale tylko do Tottenham - nam nie było to na rękę. Czytałem już wcześniej o dobrych połączeniach Stanstedt-Londyn linią easyBus - i tę wybraliśmy.
Zakupiliśmy wcześniej bilety na easyBus na podróż do Londynu i z powrotem (oszczędzając przy tym parę funciaków) i już czekaliśmy na odjazd. Okazało się, że trzeba kupować bilety na lotnisku, w agencji, ponieważ gdy już czekaliśmy w busie na odjazd, pojawili się jacyś chętni podróżnicy, ale mimo że było parę wolnych miejsc to kierowca ich nie zabrał, ponieważ nie mieli biletu - nie da się ich kupić u kierowcy - wszystko na podstawie biletów z agencji. Busem kierował Polak, który uspokoił nas, że wybrana przez nas pora przyjazdu na lotnisko w drodze powrotnej jest OK i bez problemu zdążymy, tym bardziej że będzie to niedziela.
Kurs do Londynu bez historii - po prostu jazda autostradą. Mnie już się spodobała rozmowa dwóch angoli siedzących w busie - uwielbiam ich akcent (ale szkocki jeszcze bardziej). W Londynie korki, można było czytać nazwy ulic - np. Bakerstreet. No i już wysiadamy na Victoria Coach Station. I tu zaczyna się kolejny etap - czyli zwiedzanie Londynu.
No ale wystartowaliśmy - i dla mnie najlpeszym momentem lotu był ten, gdy samolot po powolnym kołowaniu po pasie nagle "dostaje kopa", człowieka wgniata w fotel i modlimy się tylko aby uniósł się nad ziemię. Generalnie lot upłynął bez większych emocji, nawet z moim lękiem wysokości z dzieciństwa byłem w stanie popatrzeć przez małe okienko - nic ciekawego nie ujrzałem, bynajmniej żadnego alien'a.
Trochę nerwów na Stanstedt - czy aby na pewno wyjedzie nasz bagaż, czy go znajdziemy itp. - jak to pierwszy raz na obcym lotnisku. Ale spokojnie trafiliśmy do wyjścia i już należało szukać przewozu do Londynu. Jeszcze w samolocie mieliśmy ofertę przejazdu jakąś zaprzyjaźnioną z RyanAir linią ale tylko do Tottenham - nam nie było to na rękę. Czytałem już wcześniej o dobrych połączeniach Stanstedt-Londyn linią easyBus - i tę wybraliśmy.
Zakupiliśmy wcześniej bilety na easyBus na podróż do Londynu i z powrotem (oszczędzając przy tym parę funciaków) i już czekaliśmy na odjazd. Okazało się, że trzeba kupować bilety na lotnisku, w agencji, ponieważ gdy już czekaliśmy w busie na odjazd, pojawili się jacyś chętni podróżnicy, ale mimo że było parę wolnych miejsc to kierowca ich nie zabrał, ponieważ nie mieli biletu - nie da się ich kupić u kierowcy - wszystko na podstawie biletów z agencji. Busem kierował Polak, który uspokoił nas, że wybrana przez nas pora przyjazdu na lotnisko w drodze powrotnej jest OK i bez problemu zdążymy, tym bardziej że będzie to niedziela.
Kurs do Londynu bez historii - po prostu jazda autostradą. Mnie już się spodobała rozmowa dwóch angoli siedzących w busie - uwielbiam ich akcent (ale szkocki jeszcze bardziej). W Londynie korki, można było czytać nazwy ulic - np. Bakerstreet. No i już wysiadamy na Victoria Coach Station. I tu zaczyna się kolejny etap - czyli zwiedzanie Londynu.
wtorek, 9 lutego 2010
Dziennik z podróży do Szkocji - cz. 1 PRZYGOTOWANIA
W lipcu 2008 odbyłem z żoną podróż do Szkocji - poniżej postaram się przedstawić ze szczegółami tę wycieczkę.
Przede wszystkim zacznę od tego, że zrobiłem solidne rozpoznanie rynku - czyli miejsc noclegowych i transportu. Jako, że odwiedzenie Szkocji było moim marzeniem od pierwszej klasy liceum, solidnie przygotowałem wyjazd.
Generalnie moim celem było serce Szkocji, czyli okolice Fort William. Przede wszystkim chciałem zasmakować wypraw w góry, pojechać do Glen Coe i na wyspę Skye. To był plan minimum, który udało się zrealizować. Ale od początku...
Internet jest świetnym narzędziem do planowania wakacji - znalazłem kilka dobrych stron poświęconych Lochaber, czyli kawałkowi Szkocji, w który celowałem. Wysłałem kilkadziesiąt maili do różnego rodzaju miejsc noclegowych (pensjonaty, hostele, B&B itp.) i otrzymałem sporo odpowiedzi. Z powodu niezbyt dużego budżetu szukałem noclegów w granicach 50-60 funtów za nocleg dla dwóch osób. Poniżej krótkie podsumowanie (dla ułatwienia podaję adresy mailowe, cenę i krótką charakterystykę):
Skoro było gdzie mieszkać, to teraz należało wybrać sposób dotarcia na miejsce. Jako, że przelot w lipcu do Szkocji okazał się niewyobrażalnie drogi (ok. 3 tys. bez wcześniejszej rezerwacji), musiałem popracować na transportem multimedialnym. Pomógł mi znacznie kolega żony, który wspomniał, że po UK jeżdżą MegaBusy i jeśli zarezerwuje się miejsca odpowiednio wcześnie, podróż można odbyć bardzo tanio. Rzuciłem się gorączkowo w wir poszukiwań połączeń (naturalne było, że polecimy do Londynu, bo najtaniej i najwięcej możliwości, a stamtąd busem do Szkocji). Bez trudu zarezerwowałem bilety na podróż z Londynu do Glasgow a w drodze powrotnej z Edinburgh do Londynu - czemu tak - o tym nieco później. na tym etapie przygotowań najbardziej obawiałem się tego, czy mimo zarezerwowanego biletu będzimy mieć miejsca siedzące. Była to zupełnie nieracjonalna obawa, no ale musiałem ją jakoś rozwiać. Poszukałem na forach opinii o MegaBusie, wysłałem kilka maili i uspokojony zapewnieniami o miejscach siedzących rozpocząłem następny etap, czyli poszukiwania najtańszych przelotów. Na marginesie - przejazd z Londynu do Glasgow a z powrotem z Edinburgh do Londynu zamknął się kwotą 200 zł. za 2 osoby :) I inna uwaga: mimo, że bez problemu zajęliśmy w MegaBusie miejsca siedzące w Londynie a potem w Edinburgh, to po drodze dosiadało się mnóstwo ludzi i czasm stali - ale to chyba byli ludzie, którzy jakby "na łebka" podróżowali tym właśnie środkiem lokomocji.
W kwestii podróżowania samolotem byłem laikiem, ale był to okres, w którym tanie linie lotnicze prosperowały jeszcze nieźle. W interesującym mnie okresie cena przelotu z Krakowa/Katowic do Londynu kształtowała się w przedziale od 1400 zł. (Easyjet) do 1700 zł. (Ryan, WizzAir, CentralWings). Biorąc pod uwagę terminy, w jakich zaplanowałem przejazdy i pobyt w Szkocji, zdecydowałem się na RyanAir.
Tutaj muszę wspomnieć o Pulu - mój kolega z liceum (Sosnowiec, III LO im. B.Prusa) wyemigrował do Szkocji kilka lat temu, zamieszkał w Glasgow i prawdę mówiąc nie miałem z nim kontaktu od roku 1998, kiedy to wraz z ekipą znajomych piliśmy ostro w Wiśle. Aż tu nagle ktoś do mnie zagaja na GG: Cześć stary, pamiętasz mnie? Długie włosy, lubię wypić... Hahaah, nie od razu się zorientowałem, ale w końcu poznałem i od słowa do słowa okazało się, że Pulu był skłonny zrobić sobie wycieczkę z Glasgow do Fort William. Zawierzyłem mu bez mrugnięcia okiem, wystarczyło kilka rozmów na GG i byliśmy umówieni... Miał nas odebrać w Glasgow 18 lipca ok. 7 rano. Miałem alternatywny plan dojazdu do Fort William - pociąg Scotrail (260 zł. za 2 osoby) ale nie rezerwowałem biletów.
Plan podróży do Fort William był gotowy. teraz parę słów o tym, jak zaplanowałem pobyt i powrót.
W Szkocji istnieje bardzo dobra sieć połączeń autobusowych pomiędzy większymi miastami (i miasteczkami turystycznymi) - CityLink (http://www.citylink.co.uk). Brałem pod uwagę ten właśnie sposób aby dotrzeć z Glasgow do Edinburgh, no ale jak wiadomo pomógł mi Pulu. Anyway - Citylink oferuje coś takiego jak Explorer Pass - czyli bilet okresowy dający możliwość przejazdu wszystkimi liniami przez 3 dni za 35 funtów (inne opcje to 5 dni za 59 i 8 dni za 89 funtów). jest to rewelacyjnie tani sposób podróżowania. Ja wybrałem opcję 5 dniową, podczas której planowałem przejazdy do LochNess, GlenCoe, Isle of Skye i powrót do Edinburgh. Autobusy CityLink są bardzo komfortowe, bezpieczne i w miarę punktualne (raz tylko bałem się, że będziemy musieli nocować na Isle of Skye, kiedy to autobus spoźnił nam się ok. 30 minut a już było późno, ok. g. 17...).
W drodze powrotnej planowaliśmy na 2 dni zatrzymać się w Edinburgh u koleżanki żony - Marysi a potem MegaBusem pojechać do Londynu.
W ten sposób miałem zaplanowany cały pobyt i pozostało oczekiwanie na wylot...
Przede wszystkim zacznę od tego, że zrobiłem solidne rozpoznanie rynku - czyli miejsc noclegowych i transportu. Jako, że odwiedzenie Szkocji było moim marzeniem od pierwszej klasy liceum, solidnie przygotowałem wyjazd.
Generalnie moim celem było serce Szkocji, czyli okolice Fort William. Przede wszystkim chciałem zasmakować wypraw w góry, pojechać do Glen Coe i na wyspę Skye. To był plan minimum, który udało się zrealizować. Ale od początku...
Internet jest świetnym narzędziem do planowania wakacji - znalazłem kilka dobrych stron poświęconych Lochaber, czyli kawałkowi Szkocji, w który celowałem. Wysłałem kilkadziesiąt maili do różnego rodzaju miejsc noclegowych (pensjonaty, hostele, B&B itp.) i otrzymałem sporo odpowiedzi. Z powodu niezbyt dużego budżetu szukałem noclegów w granicach 50-60 funtów za nocleg dla dwóch osób. Poniżej krótkie podsumowanie (dla ułatwienia podaję adresy mailowe, cenę i krótką charakterystykę):
- stay@tirindrish.com - właścicielami tego starego (korzenie sięgają 18 wieku) domu w miejscowości Spean Bridge byli Anglicy - i to było jedynym minusem. Poza tym wszystko, włączając w to lokalizację, historię domu, cenę (25 pounds per person per night) było wymarzone. Acha - na początku mieli tylko 3 wolne noce a my potrzebowaliśmy 5;
- welcome@speanlodge.co.uk (£75.00 per room per night) - niedaleko Tirindrish House, też ciekawa historia domu, w którym zamieszkiwała rodzina Davy;
- enquiries@riversidelodge.org.uk (£32 per person per night) - http://www.riversidelodge.org.uk/ - leśna chata w Spean Bridge;
- enquiries@great-glen-hostel.com - bardzo ciekawie wyglądające i tanie (34 pounds for double room) miejsce, także Spean Bridge. Minusem było zakwaterowanie w wieloosobowych pokojach.
- www.trossachsholidays.com - 350 funtów za 6 nocy dla 2 osób, ciekawe miejsce położone niedaleko Stirling 9ale dla mnie za daleko od Highlands a z byt bliko wielkomiejskich Glasgow i Edinburgh);
- glenshian@aol.com - 60 funtów za dwójkę za noc. Tu mi się podobało ale mieli problem z wolnymi terminami w interesującym nas okresie. Noclegi niedaleko Banavie;
- seangan.chalets@ntlworld.com - także niezła cena (60 funtów za dwójkę za noc), miasteczko Banavie niedaleko Fort William;
- info@lochtay-vacations.co.uk - jezioro Tay, w połowie drogi od Stirling do Fort William, więc dla mnie nieciekawie. Cena - 780 pound/week;
- admin@killinhighlandlodges.co.uk - lokalizacja w pobliżu Loch Tay, 55 funtów za nocleg dwóch osób;
- info@lochsidecottages.co.uk - również Pertshire, cena 58 funtów za za nocleg dwóch osób;
- john@inverardran.demon.co.uk - okolica Crianlarich i Tyndrum - trochę daleko od Grampian... Cena za to przystępna - 48 funtów za nocleg;
Skoro było gdzie mieszkać, to teraz należało wybrać sposób dotarcia na miejsce. Jako, że przelot w lipcu do Szkocji okazał się niewyobrażalnie drogi (ok. 3 tys. bez wcześniejszej rezerwacji), musiałem popracować na transportem multimedialnym. Pomógł mi znacznie kolega żony, który wspomniał, że po UK jeżdżą MegaBusy i jeśli zarezerwuje się miejsca odpowiednio wcześnie, podróż można odbyć bardzo tanio. Rzuciłem się gorączkowo w wir poszukiwań połączeń (naturalne było, że polecimy do Londynu, bo najtaniej i najwięcej możliwości, a stamtąd busem do Szkocji). Bez trudu zarezerwowałem bilety na podróż z Londynu do Glasgow a w drodze powrotnej z Edinburgh do Londynu - czemu tak - o tym nieco później. na tym etapie przygotowań najbardziej obawiałem się tego, czy mimo zarezerwowanego biletu będzimy mieć miejsca siedzące. Była to zupełnie nieracjonalna obawa, no ale musiałem ją jakoś rozwiać. Poszukałem na forach opinii o MegaBusie, wysłałem kilka maili i uspokojony zapewnieniami o miejscach siedzących rozpocząłem następny etap, czyli poszukiwania najtańszych przelotów. Na marginesie - przejazd z Londynu do Glasgow a z powrotem z Edinburgh do Londynu zamknął się kwotą 200 zł. za 2 osoby :) I inna uwaga: mimo, że bez problemu zajęliśmy w MegaBusie miejsca siedzące w Londynie a potem w Edinburgh, to po drodze dosiadało się mnóstwo ludzi i czasm stali - ale to chyba byli ludzie, którzy jakby "na łebka" podróżowali tym właśnie środkiem lokomocji.
W kwestii podróżowania samolotem byłem laikiem, ale był to okres, w którym tanie linie lotnicze prosperowały jeszcze nieźle. W interesującym mnie okresie cena przelotu z Krakowa/Katowic do Londynu kształtowała się w przedziale od 1400 zł. (Easyjet) do 1700 zł. (Ryan, WizzAir, CentralWings). Biorąc pod uwagę terminy, w jakich zaplanowałem przejazdy i pobyt w Szkocji, zdecydowałem się na RyanAir.
Tutaj muszę wspomnieć o Pulu - mój kolega z liceum (Sosnowiec, III LO im. B.Prusa) wyemigrował do Szkocji kilka lat temu, zamieszkał w Glasgow i prawdę mówiąc nie miałem z nim kontaktu od roku 1998, kiedy to wraz z ekipą znajomych piliśmy ostro w Wiśle. Aż tu nagle ktoś do mnie zagaja na GG: Cześć stary, pamiętasz mnie? Długie włosy, lubię wypić... Hahaah, nie od razu się zorientowałem, ale w końcu poznałem i od słowa do słowa okazało się, że Pulu był skłonny zrobić sobie wycieczkę z Glasgow do Fort William. Zawierzyłem mu bez mrugnięcia okiem, wystarczyło kilka rozmów na GG i byliśmy umówieni... Miał nas odebrać w Glasgow 18 lipca ok. 7 rano. Miałem alternatywny plan dojazdu do Fort William - pociąg Scotrail (260 zł. za 2 osoby) ale nie rezerwowałem biletów.
Plan podróży do Fort William był gotowy. teraz parę słów o tym, jak zaplanowałem pobyt i powrót.
W Szkocji istnieje bardzo dobra sieć połączeń autobusowych pomiędzy większymi miastami (i miasteczkami turystycznymi) - CityLink (http://www.citylink.co.uk). Brałem pod uwagę ten właśnie sposób aby dotrzeć z Glasgow do Edinburgh, no ale jak wiadomo pomógł mi Pulu. Anyway - Citylink oferuje coś takiego jak Explorer Pass - czyli bilet okresowy dający możliwość przejazdu wszystkimi liniami przez 3 dni za 35 funtów (inne opcje to 5 dni za 59 i 8 dni za 89 funtów). jest to rewelacyjnie tani sposób podróżowania. Ja wybrałem opcję 5 dniową, podczas której planowałem przejazdy do LochNess, GlenCoe, Isle of Skye i powrót do Edinburgh. Autobusy CityLink są bardzo komfortowe, bezpieczne i w miarę punktualne (raz tylko bałem się, że będziemy musieli nocować na Isle of Skye, kiedy to autobus spoźnił nam się ok. 30 minut a już było późno, ok. g. 17...).
W drodze powrotnej planowaliśmy na 2 dni zatrzymać się w Edinburgh u koleżanki żony - Marysi a potem MegaBusem pojechać do Londynu.
W ten sposób miałem zaplanowany cały pobyt i pozostało oczekiwanie na wylot...
wtorek, 8 września 2009
Skankan
W piątek w Zakręconej koncert Skankana - na początek wielkiej trasy po Polsce (niczym długodystansowcy z IM - loneliness of the long distance runner chciałoby się zanucić...). Dla mnie najważniejsze to kupić nową, świeżutką płytkę Skankana. Materiał już nieco znam z koncertów no ale mieć to u siebie na krążku - bezcenne...
Przy okazji zastanawiam się, kto teraz jest liderem zespołu? Przez lata był to Szczepan, ostatnie lata Skankan musiał obywać się bez niego... Więc kto - Tiger? Binkwa? Eeee, nie wydaje mie sie... Stawiałbym chyba na Tigera, ale jakoś za bardzo wydaje się wyluzowany i nieobowiązkowy.
Przy okazji zastanawiam się, kto teraz jest liderem zespołu? Przez lata był to Szczepan, ostatnie lata Skankan musiał obywać się bez niego... Więc kto - Tiger? Binkwa? Eeee, nie wydaje mie sie... Stawiałbym chyba na Tigera, ale jakoś za bardzo wydaje się wyluzowany i nieobowiązkowy.
K.Kuc (znany także jako Kazimierz Kutz)
Pozwolę sobie skomentować felieton ślązaka stulecia - K.Kuca (znany także jako Kazimierz Kutz), który został zamieszczony w sobotniej GW (do odczytania pod adresem http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,35068,6950481,Kutz__Korfanty_w_guscie_moherowo_torunskim.html).
Imć (a może HER) p. Kuc (znany także jako Kazimierz Kutz) pisze m.in.:"(...) Ze szczebla wojewódzkiego przyjechał jeno mój ulubiony orator, wicemarszałek Sejmiku Śląskiego - pan Z.Z - i nie zawiodłem się na nim, bo palnął tak patriotyczną mowę, że zaczęło mi się zdawać, że jestem na uroczystości ku czci Michała Grażyńskiego, ale trzeba mu oddać sprawiedliwość, bo jako jedyny z mówców trzy razy wspomniał, że Korfanty był dyktatorem powstań, i - co jeszcze bardziej budujące - nie wspomniał ani razu o pomocy Zagłębia."
Zadziwiające jest to, że ten p. Kuc (znany także jako Kazimierz Kutz), zapewne z powodu kompleksu, bo wychowywał się tylko w biednych Szopienicach a nie w bogatszym Sosnowcu, po raz kolejny szczypie Zagłębie. Kolejny raz bez jakichkolwiek racji historyczno-obiektywnych. Każdy przecież wie, ze gdyby nie pomoc Zagłębia, powstania śląskie nie zakończyłyby się przyłączeniem Śląska do Polski. Ale może p. Kucowi (znanemu także jako Kazimierz Kutz) nie zależy na polskości tylko na noszeniu koszulki z napisem Oberschlesien (czy jak to się tam pisze) i corocznego obchodzenia Oktoberfest. Jedź pan, panie kuc, do tych swoich niemiaszków, i nawet wybaczę panu, żeś się pan przechrzcił na KUTZ'a.
Imć (a może HER) p. Kuc (znany także jako Kazimierz Kutz) pisze m.in.:"(...) Ze szczebla wojewódzkiego przyjechał jeno mój ulubiony orator, wicemarszałek Sejmiku Śląskiego - pan Z.Z - i nie zawiodłem się na nim, bo palnął tak patriotyczną mowę, że zaczęło mi się zdawać, że jestem na uroczystości ku czci Michała Grażyńskiego, ale trzeba mu oddać sprawiedliwość, bo jako jedyny z mówców trzy razy wspomniał, że Korfanty był dyktatorem powstań, i - co jeszcze bardziej budujące - nie wspomniał ani razu o pomocy Zagłębia."
Zadziwiające jest to, że ten p. Kuc (znany także jako Kazimierz Kutz), zapewne z powodu kompleksu, bo wychowywał się tylko w biednych Szopienicach a nie w bogatszym Sosnowcu, po raz kolejny szczypie Zagłębie. Kolejny raz bez jakichkolwiek racji historyczno-obiektywnych. Każdy przecież wie, ze gdyby nie pomoc Zagłębia, powstania śląskie nie zakończyłyby się przyłączeniem Śląska do Polski. Ale może p. Kucowi (znanemu także jako Kazimierz Kutz) nie zależy na polskości tylko na noszeniu koszulki z napisem Oberschlesien (czy jak to się tam pisze) i corocznego obchodzenia Oktoberfest. Jedź pan, panie kuc, do tych swoich niemiaszków, i nawet wybaczę panu, żeś się pan przechrzcił na KUTZ'a.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



